Komunistyczny teatr absurdu

Mało jest na świecie takich krajów, które z powodu takich, a nie innych rządów stają się pośmiewiskiem na świecie. Do takich należy Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna funkcjonująca w zbiorowej świadomości jako Korea Północna. Korei Północnej nie stać, by wyżywić ludność, ale może postawić laboratoria do testowania broni masowego rażenia. Korei Północnej nie stać na zapewnienie elektryczności obywatelom, ale portrety zbrodniarza Kim Il-sunga i jego syna Kim Dzong-ila są podświetlana całą noc. Wreszcie mania wielkości reżimu, próba wybudowania najwyższego budynku świata. Budynek owszem jest i ma wysokość ponad 300 metrów. I stał się najwyższym nieukończonym budynkiem świata. Budowę wielokrotnie porzucano i wznawiano, za każdym razem z chodziło o pieniądze. Wbrew oficjalnej propagandzie nawet dla rządzących Koreą takie monstrum nieukończone za to doskonale widoczne dla mieszkańców Pjongjangu (gdzie stoi budynek) i nielicznych turystów to po prostu obciach. Podobno ostatnio kolejny raz powrócono do wykańczania tego straszydła i podobno koniec robót nastąpi jeszcze w 2013, podobno jest inwestor, który będzie zarządzał hotelem po wybudowaniu i podobno hotel będzie przynosił zyski. Ale to jest Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, kraj totalitarny odizolowany od świata, więc podobno, podobno, podobno…

W trakcie budowy używaj głowy

Budowanie budynków – niezależnie, czy stawia się galerię handlową, 58-piętrowy biurowiec, czy dom jednorodzinny – z natury faktów to niezbyt bezpieczne zajęcie. Po placu budowy krąży ciężki sprzęt nad głowami robotników wiszą sobie wielotonowe elementy konstrukcji, a często trzeba też przemieszczać wiele metrów nad ziemią i wyżej. Są oczywiście opracowane z prawnie zadekretowane standardy bezpieczeństwa, ale prawo sobie, a praktyka sobie. Już stało się to wręcz patologią, że na budowach wielu pracuje na czarno. Kompletnie nieopłacalna sprawa. W razie wypadku nikt nie będzie chętny na wzięcie odpowiedzialności, a i za leczenie trzeba będzie zapłacić samemu, no bo jak może być ubezpieczony ktoś, kto nie pracuje. Oszczędzanie na bezpieczeństwie pracowników. W Polsce mamy to już za sobą, ale w krajach Trzeciego Świata ciągle jest to praktyka. Niefrasobliwość pracowników. No tak, to ciągle się zdarza. A to kasku nie ma, a to maski ochraniającej przed pyłami nie ma, a to rękawic, a to odpowiednich butów, a to ktoś przyjdzie na mocnym kacu, a to ktoś jest chory, a mimo to jest, a to, a tamto… człowiek jest tak pewny swego, że przecież „nic mu się nie stanie”, i lekceważy własne bezpieczeństwo. To są typowe sytuacje. Ale zdarzają się też rarytasy. Na przykład wyścigi wózków widłowych, na przykład jeżdżenie na sztaplarce na takich miejscach jak widelce czy na pokrywie silnika.

Budowanie na nowe czasy

Przez całe stulecia budowano wysokie budynki, jak najwyższe. Stanowiły one symbol potęgi państwa lub miasta, które je postawiło. Z czasem okazywało się, że duży budynek równa się dużo problemów, gdyż nie uwzględniano sił, które w mgnieniu oka mogły powalić kolosa. Trzęsienia ziemi, cyklony czy po prosu wybór zbyt miękkiego gruntu pod budowę. Wszystko to prowadziło do katastrof budowlanych nierzadko pociągając ofiary śmiertelne. Z czasem zdobywano coraz większą wiedzę o glebie i jej właściwościach. O sile wiatru, o ruchach tektonicznych oraz o wytrzymałości materiałowej. Całą tę wiedzę później wprowadzano do praktyki. Budynki znosiły niemal wszystko. Właśnie „niemal”. Czy ktoś o czymś nie zapomniał? Nie przewidziano jednego czynnika, i świat zobaczył to 11 września. Do tamtej pory nikt nie używał wypełnionego paliwem boeinga jako latającej bomby z impetem wpadającą w budynek. I jedne z najwyższych budynków świata zostały powalone przez czynnik, którego nie uwzględniono. Architekci widząc wydarzenia w Nowym Jorku musieli wrócić do swoich planów i zweryfikować je dodając do listy zagrożeń zamachy terrorystyczne. Pytanie czy po wydarzeniach 11 września jest pewność, że pod uwagę wzięto wszystkie zagrożenia i obecnie budowane kolosy przetrwają wszystko i jeszcze więcej.

Kant po grecku

Kryzys, który po dziś dzień trawi Grecję spowodowany był szeregiem czynników. Na pewno jednak przyczyną nie było – jak chcą to widzieć pseudo ekonomiści – członkostwo w strefie euro. Grecja i jej obywatele na własne życzenie wpadli w tarapaty. Raz z powodu zbyt dużych wydatków państwa w stosunku do jego dochodów, a dwa z powodu wadliwie funkcjonującego sytemu fiskalnego. Właśnie sytemu fiskalnego a propos. Grecy wpadli na genialny w swej prostocie pomysł, jak kiwać urząd podatkowy. Otóż tak, jak wszędzie za mieszkanie w domu naliczany jest odpowiedni podatek. Jednak greckie prawo przewidywało, że podatku nie można naliczać do czasu ukończenia nieruchomości. Zaradni Grecy budowali więc domy, ale budowali dom jednopiętrowy (albo dwu- tutaj liczba pięter nie ma znaczenia, idzie o efekt), zaczynali budowę kolejnego piętra no i… na tym koniec! Poważnie ludzie potrafili tam mieszkać w domach, z których z najwyższych kondygnacji sterczały pręty i leżało Kika cegieł. Nikt nie miał wątpliwości, że budowy nie ukończono, a w razie kłopotliwych pytań zawsze znalazłoby się jakąś zmyślną odpowiedź. Lata całe ten teoretycznie legalny proceder miał miejsce. Aż nagle w greckim budżecie zabrakło pieniędzy, kraj znalazł się na skraju bankructwa i musiał kogo się dało prosić o pomoc.

Jak dostać dom za friko

Dramat ludzi, którzy w wyniku katastrofy stracili dom, a z nim cały – lub prawie cały – dobytek na pewno widział każdy. Jeśli nie na żywo, to w trakcie wiadomości. Organizacje charytatywne i samorządy, w wyjątkowych sytuacjach także władze centralne angażują się w pomoc takim ludziom oferując mieszkania socjalne, zapomogi, opał na zimę i tego typu rzeczy. Amerykańska telewizja ABC poszła jednak dalej. Postanowiła dawać ludziom domy. W tym celu powstał program Dom nie do poznania (to polski tytuł. Oryginalny to Extreme makeover – czyli dosłownie ekstremalna przebudowa). Formuła programu wygląda tak: olbrzymi autobus z zespołem inżynierów i architektów pod dowództwem projektanta i showmena Tygerta Penningtona przemierza Stany Zjednoczone w poszukiwaniu rodzin znajdujących się w szczególnie tragicznej sytuacji. Szczęśliwa rodzina wyjeżdża na wakacje, a zespół wzmocniony tysiącami wolontariuszy ma tydzień na zniszczenie starego i zbudowanie nowego domu. Czasem wśród pomagających w budowie znajdują się celebryci. Wszystkie koszty: wyjazd na wakacje, budowę i urządzanie domu bierze na siebie telewizja ABC ewentualnie pomagają też bogaci filantropi. Żeby jednak zasłużyć sobie na taką nagrodę trzeba a) Przeżywać niezawiniony dramat b)należy być zasłużonym dla lokalnej społeczności.

Jak się urządza wnętrze

Głowa boli od ilości możliwości, jakie można wykorzystać urządzając wnętrze domu czy mieszkania. Właściwie wystarczy wziąć pierwszy z brzegu magazyn budowlany i strona po stronie, zdjęcie po zdjęciu obejrzeć pomysły projektantów na wnętrza. Ilość stylów urządzenia wnętrza jest tak niepoliczalna, jak nazwy tych że stylów. Postmodernistyczny, średniowieczny, renesansowy, w stylu lat 30-tych, mroczny, jasny… no, wymieniać można w nieskończoność. Ponieważ właśnie od ilości opcji eksploduje głowa, warto zastanowić się nad własnym gustem, co pomoże ułatwić wybór. Oczywiście w sklepach branży budowlanej istnieją katalogi oraz konsultanci, którzy zawsze chętnie doradzą, ale koniec końców decyzja musi należeć do właściciela lokum. Oczywiście można nie zapominać, że mir domowy będą naruszać znajomi i przyjaciele i czasem ktoś może wygłosić krytyczną uwagę na temat wystroju, ale nie warto brać sobie takich wskazówek do serca, bo w końcu kto tu mieszka i kto za urządzenie wnętrza zapłacił. Jedna dobra rada, którą warto jednak potraktować poważnie; kupować meble z drewna i nie przesadzać z dywanami i pluszem w ogóle. Chodzi oto, że dywany łatwiej brudzą się niż drewniany parkiet, a meble obtoczone poduszkami i tapicerką łatwiej chłoną kurz. Wytrzepywanie z kurzu i pranie takich rzeczy to prawdziwa mordęga.

Budowanie dosłownie i w przenośni

Kto by pomyślał, że przypowieść Jezusa Chrystusa o dwóch ludziach można przyjąć też dosłownie. Dla przypomnienia – Jezus opowiedział przypowieść o człowieku głupim, który tanio i szybko zbudował swój dom na piasku i do tego blisko wody. Człowiek mądry zaś zbudował solidny dom na skale. Na pewno kosztowało go to więcej wysiłku i czasu, ale… rozszalała się ulewa, wezbrała woda i zniszczyła dom głupca. Domu wybudowanego rozsądnie nic nie tknęło. W dalszej części Jezus wyjaśnia, iż przepowiednia owa jest alegorycznym poradnikiem pobożnego postępowania, jednak można ją też odczytać dosłownie jako poradnik budowlany. I zdaje się, że w wielu państwach przy opracowywaniu przepisów budowlanych (szczególnie dla obiektów publicznych) skorzystano z pomocy Ewangelii. W krajach, gdzie występują trzęsienia ziemi budynki muszą być solidnie osadzone na kamienistym gruncie oraz jakość materiałów budowlanych też nie może zostawiać nic do życzenia. Każdy szwindel z materiałami, próba zmniejszenia kosztów budowy kosztem jakości jest od razu wychwytywana i karana. W Austrii w miejscowościach zagrożonych zasypaniem przez lawiny dzieli się je na sektory ryzyka. W najniebezpieczniejszej strefie nie wolno stawiać hoteli czy kawiarni. W strefie dalszej budynki muszą być odpowiednio zaprojektowane i wzmocnione, by nie dać się zasypać i pozwolić ludziom na ucieczkę.

Jak to się robi w Ameryce

Dla ludzi z liberalnym zacięciem Stany Zjednoczone jawią się jako najlepszy kraj na świecie. Słynna „amerykańska wolność” inspiruje także wtedy, gdy idzie o stawianie domów. Niemal wszyscy budujący domy zaciskają zęby z wściekłości, kiedy muszą prosić urząd o zgodę na budowę. Jakie poważanie mają urzędnicy w narodzie polskim, to już wszyscy wiemy. Tymczasem za oceanem wprowadzanie regulacji zwłaszcza w tak delikatnej sprawie jest nie do pomyślenia. Ziemia twoja, pieniądze twoje, więc stawiaj, człowieku, co chcesz. W Polsce nie podobna postawić domu, który wygląda jak puszka piwa. W USA? A stawiaj dom, który wygląda jak puszka piwa. Kogo obchodzi jak mieszkasz. Jeśli podoba ci się okolica, przez którą często przechodzą tornada, to nikt nie będzie ci przeszkadzał stawiać domu. Ale… tutaj pewne różnica. W Polsce, gdy ktoś zbuduje dom na terenie wylewów i się nie ubezpieczy, a potem wszystko straci w powodzi, staje się poszkodowanym, któremu trzeba pomóc. W Ameryce nieubezpieczonego ryzykanta, który stracił dobytek zawsze postrzega się jako frajera. Jednak takie wypadki zdarzają się rzadko, bo nic tak nie dodaje rozumu, jak odchudzony portfel. W Stanach Zjednoczonych zostawia się ludziom jak najwięcej wolności, co uczy obywateli odpowiedzialności. I przy okazji Amerykanie nie potrzebują zgody, by na własnej ziemi i za własne pieniądze wybudować własny dom.

Podaj cegłę, podaj cegłę…

Budowa domu wydaje się być całkiem prosta. Gdyby było inaczej liczba bezdomnych była by wyższa, a struktura bezdomnych bardziej zróżnicowana. Zasadniczo wygląda ten proces tak: szuka się miejsca, gdzie ziemia jest w cenie jako takiej, negocjuje sprzedaż (grunt może być w rękach prywatnych albo samorządowych). Tu na razie pauza. Niezależnie od właściciela ziemi na wykupienie jej potrzebne będzie wsparcie pieniężne w formie kredytu hipotecznego. Bank uznał wiarygodność klienta i historia toczy się dalej. Udało się wynegocjować kupno/sprzedaż i zaczyna się najgorsze. Administracyjne pozwolenie na budowę. Ten punkt uwiera i wkurza niemal każdego. Może być to tok myślenia w stylu „Moja ziemia, moja kasa, na co mi urzędas?”(niekiedy to retoryczne pytanie może być rozszerzone o wulgaryzmy), ale fakt też taki, że szybkość (albo antyszybkość) pracy i absurdalne wymagania stały się już niemal narodową mitologią (pomijam to, że wielu ma też coś do powiedzenia na temat kwalifikacji intelektualnych osób zatrudnionych w administracji). Mało to w mediach pokazano historii, że więcej czasu trzeba było poświęcić na uzyskanie zgodny niż na samą budowę. No i jeszcze jena rzecz. Co zrobić, gdy zgody się nie dostanie? Co bardziej pomysłowi przewidują taką ewentualność i rezerwują trochę gotówki, którą wręcza się w zamian za szybkie i pozytywne załatwienie sprawy.

Architektura III Rzeszy

Adolf Hitler mimo całego swego geniuszu zła, przez który podpalił pół Europy (łącznie z Polską) miał też swoją pozytywną naturę, o której nie zawsze się wspomina. Otóż jego hobby było malowanie i projektowanie. Adolf Hitler spędzał nad projektami przebudowy Berlina i innych miast niemal tyle samo czasu, co nad mapami z ruchami wojsk. Dla Hitlera i jego nadwornego architekta Alberta Speera inspiracją był starożytny Rzym i jego monumentalizm symbolizujący potęgę państwa, zaś ulubionym materiałem był marmur. Z marmuru niemal w całości Speer wybudował w 1933 roku Kancelarię Rzeszy, która imponował nie tylko Niemcom, ale także zagranicznym politykom odwiedzającym III Rzeszę. Hitler planował też (nawet sporządził rysunek) postawienie w Berlinie stadionu na 400 tysięcy miejsc. Ten projekt nie doczekał się realizacji, ale zbudowano wiele innych, które nie zachowały się z powodu wojny do dnia dzisiejszego, a które powodowały drenaż budżetu państwa. Resztki marmuru z Kancelarii do dziś stoją w berlińskim Treptower Park i stały się częścią pomnika postawionemu żołnierzom Armii Czerwonej, którzy polegli wyzwalając Niemców od nazizmu. Inne dzieła nazistów zostały zniszczone w czasie wojny lub zaraz po niej, by nie ostały się miejsca, do których mogliby pielgrzymować neonaziści.